Rozdział I-Zanim dołączyłem do Watahy Wiecznego Blasku Księżyca
-Hej, Kol!-usłyszałem głos młodego wilka
-Hej...
-Byłem dziś na polowaniu. Wyczułem zapach obcego na naszym terenie. Poszedłem jego tropem, ale musiał przeprawiać się przez rzekę, bo zgubiłem ślad, ale musi jeszcze być na naszym terytorium.-wydawał się dumny z siebie, że dostarczył mi takich wiadomości.
-Zaraz ktoś się tym zajmie-powiedziałem obojętnie, często w nasze tereny zapuszczały się inne wilki, by szukać pożywienia, za zwykle były to jeszcze młode wilki, nieświadome, że te obszary są zajęte przez inny klan
-Tak sobie myślałem-zaczął po chwili tamten-że może ty mógłbyś się tym zająć...
-To źle myślałeś-odparłem pełnym jadu głosem-wynoś się stąd!-warknąłem, nie lubiłem jak młode wilki mi przeszkadzały
Spuścił głowę, tak nisko, że prawie dotykał ziemi nosem.
-Mógłbym ci towarzyszyć-odparł nieśmiało
W pierwszej chwili miałem ochotę zrobić mu jakąś złośliwą uwagę, ale powstrzymałem się. Przyjrzałem się mu uważniej. Miał szarą sierść i szare oczy. Miał 1 rok i 6 miesięcy, ale wyglądał na najwyżej rok, był mały i chudy-najsłabszy z rodzeństwa. Przez to został popychadłem, nikt nie brał go do poważniejszych misji, takich jak przegonienie lub zabicie pumy, walki między klanami itd. Zrobiło mi się go żal, nie poznawałem siebie, nigdy nie martwiłem się losem innych.
Szturchnąłem go nosem w brzuch. Zatoczył się i spojrzał na mnie zdezorientowany.
-Na co czekasz-zaśmiałem się z jego miny-zaraz wyruszamy. Gotowy?
-Jasne!-odpowiedział szybko, tak szczęśliwy jak nigdy dotąd.